Książka powstała w oparciu o cztery autentyczne historie. Autorka
zamieściła w prasie i Internecie ogłoszenie o tym, że zbiera materiały
do książki o trudnym dzieciństwie. Spośród kilkudziesięciu historii
wybrała cztery, w których opowiada przeżycia dorosłych ludzi, nie
mogących zapomnieć o swoim dzieciństwie. Nie mogą zapomnieć nie dlatego,
że było ono pełne radości, ciepła i zrozumienia lecz przeciwnie - KTOŚ
napiętnował je przemocą, strachem i zamienił w koszmar. Ten ktoś
(rodzice, opiekunowie) zrobił to w imię tzw. miłości oraz dobrego
wychowania i żądał dodatkowo okazywania sobie szacunku.
DARMOWY FRAGMENT
Marta Fox - CORAZ MNIEJ MILCZENIAO dramatach dzieciństwabez tabu
ROZDZIAŁ I
Część 1
Dziewczynka z kokardami
Dziewczynka z kokardami.
To ja nią byłam, dawno, bo ponad czterdzieści lat temu. Mało
kto znał moje imię. Nauczyciele wywoływali mnie po nazwisku
albo po numerze z dziennika, a w klasie i na podwórku mówiono –
ta z kokardami. Nawet jak udało mi się je ściągnąć i schować do
kieszeni, to też tak na mnie wołano: Hej, ty z kokardami albo: Ty,
kokarda.
Dwie sterczące kokardy, niebieskie albo białe, nylonowe, czyli
modne, nie byle jakie, nie trzeba było ich prasować, wystarczyło
tylko uprać, wysuszyć i zawiązać. Musiałam o nie dbać, podobnie
jak o biały kołnierzyk przy granatowym fartuszku, niemnący, też z
nylonowej tkaniny, z dziurkami na guziki, dzięki którym można go
było przypinać, zamiast przyszywać.
Zawsze wieczorem, jeszcze przed rachunkiem sumienia i modlitwą,
musiałam pokazać mojej opiekunce, którą miałam
obowiązek nazywać ciocią, jak jestem przygotowana do szkoły.
Sprawdzała zeszyty, dzienniczek ucznia, na koniec kołnierzyk i
kokardy. Mój czysty kołnierzyk oraz sterczące kokardy świadczyły
o mnie, a bardziej o cioci, która mnie wyrwała z dołów społecznych
i postanowiła wychować na porządną, co znaczyło – w
każdym calu bogobojną, dziewczynę, a później kobietę. Nie
szczędziła na to sił i środków. Zapamiętałam to sformułowanie.
Ciocia (w obecności obcych koniecznie: ciotunia) przy lada okazji,
a także bez niej, nie bacząc na miejsce, zwykła wpadać w
koturnowy styl i przemawiać.
– Moje drogie dziecko, my nie będziemy szczędzić sił i środków
na to, by wytępić w tobie złe przyzwyczajenia, naganne zachowania,
my nie będziemy szczędzić sił i środków, by wychować cię na
prawą w każdym calu kobietę!
Wydawała mi się wówczas potężna i silna, byłam pewna, że nie
tylko osiągnie swój cel, ale że osiągnie każdy cel, a po drodze
jeszcze kilka gór przestawi, jeśliby takie się pojawiły
niespodziewanie.
Przemawiała w końcu w imieniu porządnej, mieszczańskiej
rodziny, dbającej o cudze dziecko lepiej niż o swoje, co miało jej
być policzone w niebiosach, tym bardziej, im mniej było
dostrzegane i doceniane tutaj. Ślady tego teatralnego stylu odnajdowałam
po latach w patetycznych przemówieniach wodzów
naszego upadającego socjalistycznego państwa i od razu miałam
potrzebę stanąć przed I sekretarzem na baczność niczym przed
ciotunią.
Słowa „szczędzić”, a także w „każdym calu” mam w repertuarze
do dziś, mimo że wielekroć przysięgałam sobie wykreślić je ze
swojego słownika. Podczas tych przemówień nieodmiennie czułam
podniosłość chwili, a także różnicę pomiędzy jej odświętnością a
zwykłymi dniami, w których byłam nazywana „niewdzięczną
dziewuchą”.
– Ta niewdzięczna dziewucha znów się zmoczyła – wrzask
babci i mocne klaśnięcie mnie w twarz przerwały przemówienie ciotuni,
babci synowej.
8/33
– Ty wstrętna paskudo, ty złośliwy potworze – ciocia wykazywała
się zawsze większą elokwencją – czy nie umiesz sygnalizować
swoich potrzeb? Nie czujesz, kiedy ci się chce, nie umiesz powiedzieć
albo zrobić bez mówienia, dyskretnie, za to we właściwym
miejscu? Przecież psa łatwiej wyszkolić niż ciebie! Ale psy nie są
złośliwe wobec swojego pana, psy są wierne i wiedzą, czym powinna
być wdzięczność za to, że się je przygarnęło. Oj, będziesz ty
się w piekle smażyć, będziesz.
Za karę nie dostawałam kolacji albo zamykano mnie w ciemnej
komórce z rupieciami, czasem w łazience, w której było zawsze zimno,
nawet w lecie, z wyjątkiem soboty, bo wówczas w wysokim
łazienkowym piecu palił się ogień i nagrzewał wodę do kąpieli dla
wszystkich domowników.
Wolałam łazienkę. Było w niej więcej miejsca, mogłam się
położyć na drewnianej podłodze, pomiędzy muszlą klozetową a
wanną, przykryć się ręcznikiem i marzyć o tym, by Pan Bóg mnie
ukarał, jak chce, byle tylko nie powiedział o mnie zbyt wiele złego
rodzicom, bo ci gotowi nigdy mnie od ciotuni do siebie nie zabrać.
Komórki się bardziej bałam, było tam mniej miejsca, śmierdziało
starymi kartoflami, a na dodatek to właśnie w komórce ukrywał
się Liczyrzepa, który najlepiej wiedział, co zrobić z niegrzecznymi
dziewczynkami sikającymi w majtki, nie dość że w nocy, to jeszcze
w dzień, nie dość że w dzień, to jeszcze podczas podniosłej chwili,
w której ciocia nie szczędziła sił i środków.
Postanowiono więc oduczyć mnie sikania gdzie popadnie metodami
niczym nie różniącymi się od tych, które stosowano wobec
psa. Nie wzięto tylko pod uwagę jednego – mojej wyjątkowej
odporności pedagogicznej, pozwalającej mi trwać przy swoich
przyzwyczajeniach bez względu na ilość niezjedzonych kolacji,
godzin spędzonych w ciemnościach razem z kartoflami lub
9/33
pastami do podłóg, którymi w każdy piątek nacierałam czerwone,
drewniane podłogowe deski, łącznie z drewnianymi listwami
biegnącymi wzdłuż ścian, a potem siadałam na flanelowej szmacie,
w rękach trzymając dwie następne szmaty i wybłyszczałam tę
podłogę, bo musiała być tak świecąca jak wujka lakierki, o które
też miałam obowiązek dbać.
Ciocia była uparta i ja byłam uparta. Trzeba przyznać, zadała
sobie dużo trudu, wstając co najmniej trzy razy w ciągu nocy i
wyciągając mnie do ubikacji, żebym się wysikała, do czego byłam
zmuszana prośbą i groźbą, puszczaniem wody do umywalki, gwizdaniem,
a nawet wkładaniem nóg do miski z zimną wodą. Efekty
owej troski zazwyczaj było widać rano, kiedy to służąca, młoda
dziewczyna śpiąca w służbówce, zabierała prześcieradło do prania.
Najgorzej jednak było w ciągu dnia, kiedy tuż przed wyjściem
do pracy ciotunia pytała, czy nie mam mokrych majtek. Zgodnie z
prawdą (bo prawda nade wszystko) mówiłam, że mam suche, a
wtedy ona podchodziła z groźną miną i wkładając mi rękę pod
sukienkę, syczała złowrogo: – No to sprawdzimy. Reagowałam
błyskawicznie. W momencie, kiedy dotykała moich suchych majtek,
uwalniały się wszystkie blokady i tak jak nie mogłam wysikać
się w nocy, patrząc na lecącą z kranu wodę, teraz wypuszczałam
jeden wielki sik, mocząc rękę ciotuni i robiąc wokół siebie niezłą
kałużę, bo okazywało się, że mimo krzyków typu „przestań natychmiast!”,
sikanie wypływało ze mnie bez oporów, z satysfakcją
poprawnie i nareszcie spełnionej czynności fizjologicznej, za którą
powinna mi się należeć tylko i wyłącznie nagroda, no bo przecież
grzeczna ze mnie dziewczynka z kokardami – nareszcie odpowiedziała
na apel cioci, cóż z tego, że w innym miejscu i czasie.
Zamiast nagrody była kara. Najpierw uderzenie w twarz, a potem
tyrada: – Ty wstrętna, krnąbrna, kłamliwa dziewucho, co za
10/33
diabelskie nasienie cię spłodziło (tego nie rozumiałam, ale zapamiętałam),
już ja cię wychowam, już ja cię nauczę, już ty mnie
popamiętasz na całe życie, a nawet i wtedy mnie wspomnisz, kiedy
się będziesz w piekle smażyć. I tutaj, przyznaję, proroctwa ciotuni
się spełniły, bo pamiętam ją, pamiętam niemal każde jej słowo,
spojrzenie, różne miny.
W następnej krótkiej fazie resocjalizacji ciotunia kazała mi
szybko ściągnąć majtki, co rzeczywiście robiłam błyskawicznie, a
ona czubkiem buta naprowadzała je na kałużę, wycierała podłogę i
w przypływie wściekłości podnosiła je wypielęgnowaną dłonią i
smarowała mi tym twarz, abym raz na zawsze zapamiętała.
Zapamiętałam. Te mokre majtki i cioci rękę, która nie szczędziła
sił i środków.
W końcu ciocia, jako dobra opiekunka, skapitulowała i poszła
ze mną do lekarza. Zrobiła to pod wpływem sugestii swojej
koleżanki z pracy, wysokiej rangą urzędniczki sądowej, z której
zdaniem widać bardzo się liczyła. Pamiętam tę wizytę, bo się jej
wyjątkowo bałam. Doktora znielubiłam od pierwszego wejrzenia.
– Jaka śliczna dziewczynka z kokardami – powiedział na dzień
dobry i nie zapytał o moje imię, mimo że zachowałam się nienagannie,
dygnęłam jak trzeba, prawą nogą dwa razy, i stałam obok
jego biurka spokojnie, nie mając odwagi rozglądać się dookoła.
Zbadał mnie dokładnie zimnym stetoskopem, podnosił mi ręce
do góry, zaglądał do gardła, a ciotunia mu w tym czasie
opowiadała, jak o mnie dba, w jakich idealnych warunkach się wychowuję,
jak to mi nic nie brakuje, a także, oczywiście, jaka jestem
krnąbrna.
– Lenistwo – zawyrokował. – Lenistwo – powtórzył.
11/33
Zapamiętałam tę diagnozę, która ciotunię wielce usatysfakcjonowała
i utwierdziła w słuszności stosowanych względem mnie
metod, o których, rzecz jasna, nic lekarzowi nie powiedziała.
Podczas wieczornego rachunku sumienia babcia pomagała mi
uświadomić sobie grzechy, jakie popełniam, kiedy sikam w majtki.
– Ile grzechów dzisiaj popełniłaś? – pytała spokojnie jak
nauczycielka matematyki, którą była przed wojną.
– Jeden – odpowiadałam, od razu przyznając się do winy.
– Jaki? – drążyła babcia.
– Posikałam się – odpowiadałam zgodnie z prawdą.
– Tak, to jest grzech – stwierdzała babcia – to jest grzech nieposłuszeństwa,
ale także grzech lenistwa, na co zwrócił uwagę
lekarz, a więc już dwa grzechy – liczyła babcia dalej. – Ponieważ
jednak nie przyznałaś się cioci od razu, że masz mokre majtki,
więc na dodatek jeszcze kłamałaś i to jest trzeci grzech, grzech
kłamstwa, bardzo ciężki grzech – wyliczała.
A kiedy byłam już prawie pewna, że żałować muszę za trzy
grzechy, okazywało się, że także za czwarty, którym jest moja zatwardziałość
w postępowaniu.
Więc żałowałam, głośno, wyraźnie wyznając raz jeszcze swoje
grzechy, dla lepszego zapamiętania, oraz głośno i wyraźnie
powtarzając za babcią modlitwy. Babcia była zadowolona, jeśli
modliłam się głośno. Czasami, w nagrodę, pocieszała mnie, że
może jednak Pan Bóg się ulituje i sprowadzi mnie na właściwą
drogę, ja jednak nie byłam tego pewna i z dnia na dzień widziałam,
jak zmniejszają się moje szanse uniknięcia piekła w przyszłym życiu,
tym bardziej że zachowaniem występowałam również przeciwko
czwartemu przykazaniu, nie czciłam bowiem dostatecznie
ani matki, ani ojca swego, w tym przypadku – opiekunów swoich.
Do tego, niestety, doszły jeszcze grzechy popełniane przeciwko
12/33
Bogu, a to już był szczyt wszystkich grzechów, który radykalnie
odbierał mi nadzieję na żywot w raju, gdzie znaleźć się mieli wszyscy
domownicy, prócz mnie, oczywiście.
Była to dla mnie wyjątkowo trudna sytuacja i wyjątkowo
trudny wybór, z czego zdałam sobie sprawę, kiedy już byłam nieco
starsza: bo z jednej strony bardzo się bałam piekła, a z drugiej absolutnie
nie chciałam w następnym życiu spotkać ani ciotuni, ani
babci, a przy okazji jeszcze kilku innych osób, bezwzględnie
bogobojnych, prawdomównych i chełpiących się wieloma innymi
cnotami, łącznie z tą, że nie sikali w majtki, i to chyba nie tylko z
racji wieku.
Nikomu się nie żaliłam, bo i komu, nawet do rodziców listy
pisałam pod dyktando cioci lub babci, a to znaczyło, że muszę się
roztkliwiać nad tym, jak mi tutaj dobrze, aby i oni uwierzyli w
wielkie szczęście, które mnie spotkało dzięki dobroci wujostwa zapewniających
mi bezpieczny, porządny i pełen wygód dom, gdzie
wszyscy myślą tylko o tym, jak mi dogodzić.
Nie mogłam się doczekać dnia, w którym przystąpię do Pierwszej
Komunii Świętej. Wyobrażałam sobie, że wówczas wszystko
się odmieni w moim życiu, co dokładnie, nie wiedziałam, ale
wszystko mogło oznaczać wszystko, więc najpierw wyzbycie się
strachu przed piekłem albo kolację każdego dnia, albo i to, że
dzieci i nauczyciele w szkole mnie polubią, na podwórku nikt mnie
nie zwyzywa od przygłupów, a na koniec, że moi rodzice przyjadą,
zabiorą mnie do domu, który na pewno okaże się wspaniały,
choćby z powodu braku komórki z kartoflami i Liczyrzepą mogącym
w każdej chwili stamtąd wyjść i zabrać mnie do swojej dziwnej
krainy w górach, porównywalnej tylko z piekłem.
Uczęszczałam więc pilnie na katechezę, modliłam się głośno i
wyraźnie, przynosiłam piątki ze szkoły, a także do perfekcji
13/33
opanowałam sztukę okupowania toalety w chwili, kiedy ciocia wychodziła
do pracy, dzięki czemu udawało mi się unikać pytań o
suche majtki i wkładania mi ręki pod fartuszek.
Ze szkoły, jak i z lekcji religii miałam obowiązek wracać od
razu do domu. Kościół znajdował się nieco dalej od domu niż
szkoła, więc zawsze udawało mi się pół godziny wygospodarować,
z której nie byłam rozliczana. Potem mówiłam, że modliłam się w
kościele za swoje grzechy i zdrowie wszystkich domowników albo
że katechetka dłużej nam czytała przypowieści biblijne. Wracałam
z koleżanką mieszkającą w kamienicy obok. Po drodze mijałyśmy
kościół garnizonowy, dla nas zakazany, dlaczego – nie wiedziałyśmy,
ale właśnie ten zakaz miałyśmy wielką ochotę smakować.
Kościół niczym właściwie się nie różnił od naszego, poza tym, że
na sklepieniu było malowidło przedstawiające Boga, co dziwne,
wcale nie z groźną miną, więc lubiłam na niego patrzeć i wyobrażać
sobie, jak mówi do mnie same dobre rzeczy. Bóg był stary i
miał siwe, długie włosy, wokół niego fruwały pulchne aniołki,
bardzo ładne, zadowolone, z jasnymi kręconymi włosami, bez
kokard, więc byłam pewna, że im dobrze z tym Bogiem, na pewno
lepiej niż mnie z moim.
– O, jaka grzeczna dziewczynka z kokardami – powiedział
któregoś dnia ksiądz, jak się później dowiedziałam, kapelan w tym
kościele.
Zauważył najpierw mnie, bo siedziałam wyprostowana, a
koleżanka właśnie próbowała wyciągnąć spod ławki zawieruszony
tam święty obrazek, jeden z takich, jakie ksiądz rozdaje grzecznym
dzieciom, kiedy chodzi po kolędzie.
– Jak masz na imię? – zapytał.
14/33
– Danusia – odpowiedziałam tak szybko, jak tylko potrafiłam,
jakby w obawie, że ksiądz się rozmyśli i będzie mnie nazywał albo
raczej wyzywał od dziewczynek z kokardami.
– Danusia – powtórzyłam raz jeszcze, wyraźnie, głośno, aby i
Pan Bóg usłyszał i sobie zapamiętał.
– A ja mam na imię Basia – powiedziała koleżanka, wychylając
głowę spod ławki.
Natychmiast ją uszczypnęłam, no bo przecież dzieci niepytane
nie powinny się odzywać.
– Co mnie szczypiesz? – prawie wrzasnęła Basia – przecież ja
nic złego nie robię!
Nie miałam odwagi spojrzeć na księdza, znów jakby ze strachu,
że zacznie się dopytywać o to szczypanie albo mnie skarci, albo
wygoni z kościoła i nie pozwoli więcej tu przychodzić.
– Danusia miała dwa dni temu imieniny, prawda? – zapytał.
Natychmiast przytaknęłam, choć nic nie wiedziałam o swoich
imieninach.
– W takim razie zapraszam was, dziewczynki, na oranżadę i
herbatniki – powiedział, a ja od razu byłam zła, że Basię też
zaprasza, skoro ona imienin nie miała.
Weszłyśmy na plebanię, trzymając się za ręce. Do dziś nie potrafię
określić zapachu, który wtedy poczułam, więc nazwałam go
na własny użytek „tajemniczym”. Bo nie był to ani zapach kościoła,
ani zakrystii, ani domu. Dla mnie był wyjątkowy, dobry,
bezpieczny, tęskniłam za nim od tamtej chwili każdego dnia, najbardziej
przed snem. Ta tęsknota była miła, jakby dawała mi
nadzieję, że kiedyś, gdy będę duża, mój dom też tak będzie pachniał
– zapachem dobra tego świata.
– Mamy gości – powiedział kapelan – to jest Danusia, a to
Basia – przedstawił nas kobiecie, którą nazywał gosposią.
15/33
Gosposia wcale nie wyglądała jak ta u nas, która sprzątała,
prała i zaprowadzała mnie do szkoły. Księdza gosposia była stara
jak babcia i gruba jak babcia. Nie spodobała mi się, mimo że
uśmiechała się do nas, zdjęła nam płaszczyki i dała szmatę, byśmy
sobie dobrze wytarły buty.
A potem przyniosła nam oranżadę, prawdziwą, z bąbelkami, a
do niej nie tylko herbatniki, ale również cukierki i coś, co nazwała
chałwą, a czego ja do tej pory nie jadłam, zresztą Basia też nie.
Wyzbierałyśmy starannie okruszki. Gdybym nie była u ciotuni
ćwiczona, to wylizałybyśmy talerzyki, do czego Basia już się
przymierzała, ale znów ją uszczypnęłam, więc się zreflektowała i
zostawiła talerzyk w spokoju. Ksiądz kapelan, jak go potem w
myślach nazywałam, wypytał nas o to, gdzie mieszkamy, do której
szkoły i klasy chodzimy. Odpowiadała Basia, była odważniejsza. Ja
patrzyłam, chcąc zapamiętać każdy szczegół w wyglądzie księdza,
który nie miał w sobie nic z Mikołaja, co daje prezenty wyłącznie w
zamian za całoroczną grzeczność udokumentowaną na koniec
modlitwami, recytacjami i obietnicami. Ksiądz nie miał w sobie też
nic z groźnego Pana Boga, zarządzającego niebem i piekłem, może
dlatego, że dysponował tylko plebanią, kościołem i słodyczami.
Odpowiadało mi to, wolałam słodycze i ciepłą rękę księdza głaskającego
mnie po głowie na do widzenia i obdarowującego
słodyczami na drogę.
– Policz, ile masz – powiedziała Basia po wyjściu.
– Osiem.
– A ja mam dziesięć – pochwaliła się – i mnie ksiądz dwa razy
pogłaskał – dodała z dumą.
Zjadłyśmy wszystko przed wejściem do domu i obiecałyśmy
jedna drugiej, że nikomu nie powiemy ani o zakazanym kościele,
ani o wizycie na plebanii.
16/33
Nikomu – to znaczyło, że ani w domu, ani żadnej z koleżanek.
Czułyśmy, że ta solidarność nam się opłaci, ale w tamtej chwili na
pewno nie wiedziałyśmy, że wystawi nas również na próbę, wedle
której ostatni staną się pierwszymi, a zwycięzcy przegranymi.
Od czasu tego spotkania marzyłam, by każdy dzień skończył się
jak najszybciej i bym wreszcie mogła znaleźć się w łóżku, gdzie już
nic nie będę musiała robić, tylko wyobrażać sobie ciepłe ręce
kapelana, który głaszcze mnie po głowie i podsuwa kolejne
ciasteczko.
Byłam w drugiej klasie szkoły podstawowej, na wiosnę miałam
przystąpić do komunii, a doznawałam wszelkich oznak zakochania,
kiedy to serce łomocze nawet na samą myśl, że po drugiej
stronie ulicy jest zakazany kościół, a w nim najlepszy na świecie
Pan Bóg, który zesłał mi kogoś, kto chciał wiedzieć, jak mam na
imię.
Chodziłyśmy tam co tydzień, zawsze po lekcji religii. Ksiądz
kapelan wiedział już, kiedy przyjdziemy, więc słodkości były zawczasu
przygotowane, co mogłyśmy spostrzec od razu, jeszcze podczas
zdejmowania płaszczy w przedpokoju. Kapelan wiedział
również, że nie możemy u niego siedzieć dłużej niż pół godziny, bo
potem nasi rodzice zauważyliby spóźnienie i musiałybyśmy
odpowiadać na pytania o przyczynę.
– A ona nie ma rodziców, tylko ciocię i wujka – powiedziała
któregoś razu Basia, kiedy kapelan to mnie, a nie ją trzymał na
kolanach.
– Jak to nie ma? – zdziwił się ksiądz.
Skorzystałam z tego skarżenia Basi i na wszelki wypadek nie
zaprzeczyłam, tylko kiwnęłam głową.
– Jesteś sierotką? – zapytał z troską kapelan i przytulił mnie
mocniej.
...17/33
Wierciłam się na jego kolanach, coś twardego uciskało mnie w
pupę, więc zmieniałam pozycję, ostrożnie, w obawie, że to moje
wiercenie nie spodoba się księdzu. Ale on nie miał nic przeciwko
temu, a nawet był zadowolony, bo delikatnie podskakiwał
kolanami. Oddychał szybko, dmuchając mi w ucho.
– Biedna sierotka – szeptał – bardzo biedna sierotka.
Nie zaprzeczałam, zresztą nie bardzo wiedziałabym, jak
księdzu wytłumaczyć to, że mam rodziców, ale że nie opiekują się
mną dla mojego dobra, a dla jeszcze większego dobra opiekuje się
mną ciocia, babcia, wujek i służąca. Poza tym bardzo mi się
spodobało słowo „sierotka”, było jak z bajki, w której wszystko się
dobrze kończy, a sierotkę spotyka nagroda. Chciałam być sierotką,
czułam, że czas wielkiej nagrody się zbliża i że muszę zrobić wszystko,
aby ją otrzymać.
– Nie taka biedna – znów wtrąciła Basia, ona zawsze gadała
niepytana – u nich w domu jest wszystko, nawet fortepian.
– Ale nie mam słodyczy i sikam w majtki z lenistwa, a za karę
muszę siedzieć w komórce, gdzie zagląda Liczyrzepa, i pójdę do
piekła – wyrzuciłam z siebie jednym tchem i zaraz się
rozpłakałam.
Może mówiłabym dalej o swoich krzywdach, ale ksiądz zaczął
mnie uspokajać i prosić, abym nie płakała, a na koniec powiedział,
że on się wszystkiego dowie i mnie zaadoptuje, a wtedy już nie
stanie mi się żadna krzywda.
Nie wiedziałam, co kryje się za tajemniczym słowem „zaadoptuje”,
ale znów czułam, że to może być coś bardzo dobrego.
– Nie bój się, Pan Bóg nie wysyła do piekła takich dobrych
dziewczynek jak ty – pocieszył mnie, zsunął z kolan i posadził na
krześle obok.
... 18/33
Basia natychmiast skorzystała z okazji i wskoczyła księdzu na
kolana. Przytuliła się do niego i patrzyła na mnie, jak sobie
pochlipuję.
– Ja też jestem dobrą dziewczynką, prawda? – zapytała, szukając
u księdza potwierdzenia.
– Tak, jesteś dobrą dziewczynką, a Bóg jest miłością i kocha
was obie, dlatego żadna z was nie pójdzie do piekła – wytłumaczył
i zsunął Basię z kolan. – Idź do kuchni i poproś gosposię o
chusteczkę do nosa, zobacz, Danusia zaraz będzie miała ślizgawkę
na rękawie.
– Bóg jest miłością – powtórzyłam. – Czy to znaczy, że on nie
ma piekła i że mnie tam nie wrzuci, żebym się usmażyła? – upewniałam
się.
– Nie bój się, Danusiu, musisz wierzyć, że Pan Bóg wybiera dla
ciebie tylko dobre ścieżki, powinnaś go kochać, nawet gdy jest ci
źle i smutno.
– I nawet gdy on mnie nie kocha?
– On ciebie kocha, kiedyś to zrozumiesz.
Nikt do mnie tak nie mówił, nikt mnie nie pocieszał, nie tulił,
nie głaskał. Marzyłam, aby z nim mieszkać, czyścić mu buty, pastować
podłogi. W moich marzeniach nie było Basi, chciałam mieć
księdza tylko dla siebie, nawet jej kiedyś powiedziałam, że oddam
wszystkie moje cukierki i przyniosę jej całą chałwę, byle tylko pozwoliła
mi iść na plebanię samej. Nie zgodziła się. Od tej chwili
stała się jeszcze bardziej czujna, zazdrosna.
Któregoś razu dostałyśmy na drogę wyjątkowo dużo słodyczy.
A może po prostu były większe, tego nie pamiętam, ale na pewno
były pozawijane w ładne srebrne lub złote papierki. Przed domem
wyjadałyśmy resztki, a papierki wygładzałyśmy na murze, bo żal
nam było je wyrzucić. I w takiej właśnie sytuacji przyłapała nas
... 19/33
ciocia. Miałam w buzi ostatni kawałek jakiejś czekoladki, kiedy
nagle stanęła przede mną i zapytała:
– Skąd masz takie słodycze?
Nawet nie mogłam odpowiedzieć, bo najpierw musiałam
przełknąć.
– Otwórz buzię – powiedziała.
Otworzyłam. Zobaczyła zęby zaklajstrowane czekoladową
mazią.
– Skąd to masz? Kto ci dał? – zapytała już całkiem groźnie. –
Przecież wiesz, że nie można nic przyjmować od obcych.
Wiedziałam. Ale ksiądz nie był obcy.
– Skąd to masz? – Ciocia chwyciła mnie za ucho i podciągnęła
w górę. Zasyczałam.
– My te cukierki ukradłyśmy – powiedziała niespodziewanie
Basia.
– Komu? – dociekała ciocia, ciągle trzymając mnie za ucho.
Zdążyłam kopnąć Basię w kostkę i chyba zrozumiała, że musi
kłamać dalej.
– Katechetce – palnęła bez namysłu.
Byłyśmy uratowane, choć nie do końca. Od tej chwili wydarzenia
potoczyły się błyskawicznie. W domu dostałam lanie,
którego skutki odczuwam do dziś, szczególnie kiedy na dworze jest
wilgoć albo przy zmianie pogody. Ciotunia okładała mnie wszystkim,
co miała pod ręką, przy czym raz uderzyła tak niefortunnie,
że uszkodziła mi kość ogonową. Otrzymałam absolutny zakaz
spotykania się z Basią. Musiałam też pójść do katechetki z kwiatami
i ją przeprosić. Zaprowadziła mnie babcia, która na
szczęście miała przytępiony słuch i nie usłyszała, że nie powiedziałam
nic, tylko podałam kwiaty i od razu się rozpłakałam, a katechetka
zaczęła mnie przytulać. Potem wzięła mnie za rękę,
20/33
podeszła do babci i powiedziała, że nie trzeba było, po co, że
uczenie jest jej obowiązkiem. A babcia na to:
– Ona na pewno sprawia pani także inne kłopoty, nie tylko te,
za które przepraszała.
Od tej pory zaczęły się ze mną dziać same smutne rzeczy:
bardzo wychudłam, bo nie chciałam jeść, a jak już mnie zmuszono,
to wymiotowałam, zaczęłam znów sikać, wpadłam w anemię.
Wysłano mnie do prewentorium, w którym spędziłam co najmniej
kilka miesięcy. Umierałam tam z tęsknoty za księdzem, za Basią,
nawet za komórką z groźnym Liczyrzepą.
Patrzę teraz na czarno-białe zdjęcie. Dwie dziewczynki trzymają
się za ręce. Ta z kokardami – to ja. Obok Basia. Po wielu latach
udało mi się ją odnaleźć, najpierw nawiązałyśmy korespondencję,
a w końcu doszło do spotkania. Kiedy oswoiłyśmy się ze sobą na
tyle, by móc się zwierzać bez zahamowań, Basia wyznała mi, że
tamten ksiądz był jej pierwszym mężczyzną. Tak więc dzięki
kłamstwu Basi przeżyłam inicjację dopiero ze swoim chłopakiem,
który kilka lat później został moim mężem. I jest nim do dziś. A
Basia? Och, Basia to zupełnie inna historia. Może kiedyś i ona
komuś ją opowie.
Kup książkę w pełnej wersji! - http://sklep-ebooki.nextore.pl/ebooki/coraz_mniej_milczenia__p34560.xml
Jeszcze więcej cyfrowych publikacji znajdziesz na
www.sklep-ebooki.nextore.pl

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz